Strona głóna KEN

O mundurkach szkolnych

"Słowo stało się ciałem", mundurki wchodzą do szkół w ramach realizacji kolejnego etapu programu ministerialnego "Zero tolerancji". W desperacji załamuję ręce nad absurdalnością tezy, że staną się one skutecznym narzędziem wychowawczym, które okiełzna "dziką hordę" zdeprawowanych uczniów i doda skrzydeł oraz argumentów zapędzonym w kozi róg pedagogom.

Podobnie jak wielu przedstawicieli środowisk szkolnych nie jestem bynajmniej przeciwnikiem mundurków. Kilkanaście lat działałem w harcerstwie i z dumą nosiłem mundur będący legitymacją szanowanych powszechnie wartości. Nikt jednakże mnie do tego nie zmuszał, przynależność była aktem woli i akceptacji ideałów Roberta Baden-Powella oraz Olgi i Andrzeja Małkowskich, krzewionych przez mądrych i oddanych instruktorów, z którymi miałem szczęście się zetknąć.

Mundurek może być uzewnętrznieniem tego, co nosimy w środku. Istnieją szkoły, których uczniowie noszą mundurki i robią to dobrowolnie z wyżej wymienionych powodów. Ze zgrozą myślę jednak o ludziach, zwłaszcza młodych, zmuszanych do noszenia mundurków. "Mundurki w szkole" być może zmienią wygląd młodzieży, ale na pewno nie rozwiążą problemów z tzw. trudną młodzieżą.

Jako gorzka refleksja przypomina mi się sytuacja sprzed dwóch lat. Pomagałem w nauce Karolowi, uczniowi drugiej klasy naszego gimnazjum. Karol był zupełnym "destruktem": niemal same pały, dziesiątki uwag za naganne zachowanie, systematyczne akty przemocy wobec kolegów szkolnych, nie wspominając o papierosach i kwaśnych winach. Nie chciał przychodzić na zajęcia wyrównawcze, bo wstydził się bezmiaru swojej niewiedzy. To cud, że wraz z grupą podobnych sobie chłopaków zdecydował się przyjąć pomoc w odrabianiu lekcji. W czasie spotkań, które odbywały się raz w tygodniu poza nauką dużo rozmawialiśmy.

Pewnego razu zostałem z Karolem sam. Chłopak zaczął dopytywać się, dlaczego właściwie poświęcam czas takiemu gamoniowi jak on i czy mi za to płacą (nawiasem mówiąc, szkoła nie płaci, bo nie dysponuje funduszami na tego typu działalność). Odpowiedziałem, że dla nauczyciela praca z uczniem, który przychodzi na zajęcia z własnej woli, bo po prostu chce, przynosi satysfakcję zawodową i sprawia ogromną przyjemność.

Karolowi łzy stanęły w oczach. Poczułem magię chwili i zapytałem o złość życiową, która w nim siedzi. Połykając łzy zaczął opowiadać o tym, że odkąd pamięta stał razem z matką przy oknie wypatrując powracającego ojca. Po ruchach poznawali, czy jest bardzo pijany i pójdzie spać, czy też jest niedopity i trzeba uciekać z domu. Tak, dzień po dniu, mozolnie czołgali się przez koszmar życia, żyjąc w strachu i niepewności.

Pewnego dnia matka nie wytrzymała i zgłosiła się na policję. Ojciec odsiedział wyrok za znęcanie się nad rodziną i wrócił do domu. I dalej "robi jazdy" po pijanemu. Karol nie wierzył w sprawiedliwość ludzi dorosłych. Nie wierzył, że ktokolwiek pomoże przerwać tę rodzinną gehennę. Wziął sprawy w swoje ręce i przyłożył szalejącemu ojcu, stając w obronie matki.

Opowiedział mi jeszcze, że rano idąc do przystanku autobusowego mija po drodze sześć koszy na śmiecie. Jeśli ojciec urządza nocne szaleństwa to - jak mówi Karol - następnego dnia muszą być skopane, bo inaczej musiałbym kogoś zabić albo się powiesić.

Pracujemy z Karolem od blisko dwóch lat. Przede wszystkim staramy się wysłuchać uważnie wszystkiego, co ma do powiedzenia o swoim młodym ale tragicznym już życiu. Nie skreślamy go, gdy ujawniają się jego trudne do zniesienia emocje. Staramy się udzielać wsparcia rodzinie chłopaka.

Dziś Karol rozumie normy społeczne dotyczące niestosowania przemocy, potrafi nie tylko przeważnie w bezpieczny sposób rozładować swoje emocje, ale umie także o nich mówić. Wyzbył się wstydu z powodu zaległości w nauce, potrafi podejść w czasie lekcji i poprosić o nieco łatwiejsze zadanie, z którym mógłby sobie poradzić. Jest dumny ze swoich drobnych, a naszym zdaniem, wielkich sukcesów. Prawdopodobnie skończy gimnazjum w terminie, choć niedawno sam w taką możliwość nie wierzył.

Karol miał szczęście spotkać na swojej szkolnej drodze ludzi, którzy kierując się bardziej intuicją, dobrym sercem i własnymi przemyśleniami (niestety kierunki pedagogiczne wciąż nie kształcą umiejętności rozumienia i autentycznego wspierania trudnych uczniów, a mądrego doradztwa w sprawach wychowawczych w polskiej oświacie także nie ma), pomogli mu wyjść ze "studni cierpienia". To była nasza społeczna praca. Formalnie dysponujemy lekcją wychowawczą raz w tygodniu, w czasie której mamy rozwiązywać problemy trzydziestoosobowej klasy, gdzie jest na ogół przynajmniej kilku takich Karolów. Pedagodzy szkolni muszą ogarnąć kilkusetosobowe społeczności, w których "Karolów" są dziesiątki. Nie ma środków na kształcenie pedagogów ani rodziców, na pracę "Jak wychować szczęśliwe dzieci?".

Szkoła nie ma też czasu na autentyczną pracę wychowawczą. Drogą na skróty są represje wobec szkolnych chuliganów. Paradoksalnie kary jako jedyny środek zaradczy na patologie życia szkolnego nakręcają spiralę złych emocji i powodują odwrotne efekty od oczekiwanych. Teraz minister chce ubrać uczniów w mundurki, aby w ten sposób zniszczyć zło czające się w szkole.

Czy mam powiedzieć Karolowi, żeby włożył mundurek, bo to może pomóc wyleczyć jego ojca alkoholika, który stosuje przemoc w rodzinie?

Minister chce przeznaczyć 50 mln. na dofinansowanie wprowadzenia mundurków do szkół. Niech da na edukację rodziców i pedagogów, aby nie produkowali kalek i wiedzieli, jak zająć się skutecznie problemami dzieci!

I jeszcze jedno. Dzieci i rodzice pytają mnie, co będzie z uczniami, którzy powiedzą mundurkom "nie". Odpowiadam, że nie wiem, ale cierpnie mi skóra na grzbiecie, gdy pomyślę, że motywem przewodnim naszej "pracy wychowawczej" od pierwszego września będzie ściganie nieumundurowanych.

Nie wiem czy Karola uda się ubrać w mundurek. W każdym razie, wielu uczniów Karolowi podobnych pomimo największych starań dorosłych mundurku nie włoży. Czy mamy ich wysłać do domów poprawczych, a dyrektorów z powodu "niepowodzenia" w pracy z taką młodzieżą odwołać? Przykro mi o tym mówić, ale to jest dziecinada lub jakiś koszmar rodem z powieści Kafki.

Namawiam rodziców i pedagogów do obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec odgórnego wprowadzania mundurków do szkoły. Nic istotnego to nie wniesie do pracy wychowawczej szkół, a wywoła cały szereg szkodliwych następstw.

Sądzę, że jest naruszeniem konstytucyjnie zagwarantowanych wolności rodzica, systemowo zapewnionej autonomii szkoły oraz uderza w godność dziecka. W istocie jest doktrynalnym krzykiem rozpaczy dorosłych, którzy uporczywie nie chcą zobaczyć w dzieciach istot ludzkich, na których szacunek trzeba sobie zapracować.

Biały Bór, 29 kwietnia 2007r.

Witold Kędzierski

 WEŹ UDZIAŁ W DYSKUSJI!

 

 

 








 

ken@ken.org.pl

 

02 kwietnia 2007

 
home o KEN grupa założycielska dołącz informacje wypowiedzi organizacyjne kontakt