Strona głóna KEN

LIST OTWARTY WITOLDA KĘDZIERSKIEGO

(pełny tekst listu opublikowanego 27 marca 2007
w Gazecie Wyborczej)

Jestem nauczycielem w niewielkim miasteczku zagubionym na rubieżach Pomorza zachodniego. Uczę w szkole podstawowej i gimnazjum. Z uwagą i troską przyglądam się diagnozowaniu rzeczywistości polskiej szkoły oraz pojawiającym się pomysłom naprawczym. Niepokojem napawa mnie jednostronność oglądu życia szkoły, która pociąga za sobą radykalne, a często nieadekwatne recepty reformatorskie. Media mnożą relacje przypadków, które mają dowieść, że szkoła to miejsce systematycznych prześladowań „normalnych” dzieci i „zdrowej” młodzieży przez zdeprawowane bandy. Miejsce zastraszeń, wymuszeń, palenia, picia i dealingu narkotyków. Zasadność tej opinii mogły potwierdzić (lub jej zaprzeczyć) zlecone przez ministra Giertycha badania. Mogło tak być, pod warunkiem, że zostałyby przeprowadzone rzetelnie, to znaczy zgodnie z ogólnie akceptowanymi normami metodologicznymi. Uczestniczyłem w „badaniach” dwukrotnie, w szkole podstawowej i gimnazjum. Kwestionariusz ankiety dotyczył zjawisk destrukcyjnych i groźnych dla uczniów i nauczycieli takich jak agresja i przemoc, fala, wymuszenia i kradzieże, palenie papierosów, picie alkoholu i sprzedaż oraz używanie narkotyków. Ankiety wypełniane były zbiorowo (!!!) w kilkudziesięcioosobowych grupach nauczycieli, przedstawicieli rodziców oraz reprezentantów uczniów. Prowadzący spotkanie czytał pytanie na głos, następnie cała grupa udzielała wspólnej odpowiedzi dotyczącej częstotliwości występowania podanego w pytaniu zjawiska (np. fali lub zażywania narkotyków) w zakresach : „wcale, bardzo rzadko, rzadko, często, bardzo często, nie mam wiedzy”. W trakcie „ankietowania” dochodziło do karykaturalnych sytuacji. Na przykład w grupie nauczycieli padła uwaga aby tak dobierać odpowiedzi żeby wyniki nie były zbyt rozbieżne z wynikami grup uczniowskiej i rodzicielskiej. Dzieci były manipulowane i strofowane przez prowadzącą „badania” panią wizytator, a ich odpowiedzi zostały przeinaczone. Nikt z uczestników „badań” nie potrafił udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie „co to znaczy często lub bardzo rzadko ?” bo taka odpowiedź po prostu nie istnieje, a podobne sformułowania nie mieszczą się w standardach rzetelnie przeprowadzanych badań.

Po co były te „badania” i setki ludzi zaangażowanych w całej Polsce w ich realizację? Na pewno nie po to by uzyskać rzeczywisty obraz polskiej szkoły. Ich metodologiczne niechlujstwo całkowicie to wyklucza. Wyniki opracowano w tempie ekspresowym, dyrektorzy zostali wezwani na dywanik do kuratoriów gdzie dowiedzieli się iż rzeczywistość szkolna jest tragiczna, pełna patologii i wymaga natychmiastowych i radykalnych posunięć. Tym samym program „Zero tolerancji” został usankcjonowany, a wyniki „badań” stały się narzędziem, które go uzasadnia.

Porzucając kabaretową formę pokuszę się o kilka zupełnie poważnych wniosków.

Po pierwsze na fałszywych przesłankach (w tym wypadku wynikach rzekomych badań) nie można oprzeć trafnej diagnozy, a co za tym idzie nie można zaordynować dobrego, adekwatnego programu reform i napraw. W tym wypadku sytuacja została zresztą postawiona na głowie gdyż program „Zero tolerancji” powstał zanim zlecono badania. Badania zatem można uznać za rzecz wykonaną pro forma. Szczegóły dotyczące błędów metodologicznych pominę.

Po drugie, powstawaniu programu towarzyszył natrętny ideologiczny dualizm, w myśl którego dobre, to znaczy tradycyjne, katolickie, oparte na dyscyplinie i posłuszeństwie, jednakowym umundurowaniu i odizolowaniu młodzieży trudnej, przeciwstawiono złemu, które ochrzczono „liberalizmem wychowawczym” (termin niezdefiniowany w literaturze przedmiotu). Liberalizm odpowiada aktualnej, mocno kalekiej szkolnej rzeczywistości, której istotą jest zupełna samowola młodzieży i towarzysząca jej bezradność pedagogów ze strachu lub lenistwa przyzwalających na nakładanie koszy na śmieci na szacowne głowy, molestowanie, kradzieże, pobicia, handel narkotykami itd.

Według ministerialnych „diagnostów” i przyklaskujących im „autorytetów” między dwoma wymienionymi wyżej biegunami nie ma nic. To znaczy musimy wybierać między kompletnym bezhołowiem, a powrotem do szkoły „tradycyjnej” z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli dobrze nam dorosłym znanymi instrumentami egzekwowania autorytetu w postaci zapędzania do kąta, łap dawanych piórnikiem, kręcenia uszu itd. Te poglądy firmują bezwstydnie znani oficjele wygłaszając w mediach publicznych opinie w rodzaju „dzieci, które nie dostają w skórę wyrastają na złych ludzi”.

Pokazywanie tych dwóch skrajności jako jedynych możliwości jest fałszywe. W rzeczywistości szkolnej oraz instytucjach wspierających funkcjonują i dobrze się mają programy edukujące rodziców i pedagogów do wychowywania dzieci i młodzieży w oparciu o proste przesłanie: "kocham cię i chcę wychować na człowieka wolnego. Wolność jednak wiąże się z odpowiedzialnością za swoje postępowanie. Ustalimy więc zasady, których przestrzegania będziemy pilnować, a ich złamanie spotka się z ustalonymi umową konsekwencjami".

Dlaczego tak? Ponieważ dzieci nie rodzą się złodziejami, narkomanami czy bandytami. Stają się nimi obcując z nami – dorosłymi. Dlatego nie ma innej możliwości skutecznego oddziaływania na dzieci jak poprzez dorosłych, którzy dzieci wychowują. Dzieci obdarzone bezwarunkową miłością, którym jednocześnie postawiono wymagania na miarę ich możliwości raczej nie zejdą na manowce. Dlaczego nie chce tego zauważyć i wesprzeć minister? Można się domyślać, że jak większość z nas, pokolenia rodziców obecnie uczącej się młodzieży nosi w sobie atawistyczne przekonanie, że tylko przemocowa szkoła zapędzająca dzieci do kozy działa skutecznie. Jest to zrozumiałe, bo pokolenie to opiera się na znanym sobie szkolnym doświadczeniu i uporczywie się do niego odnosi. Znam rodziców, którzy z dumą mówią, że byli bici przez swoich nauczycieli i wyrośli na „porządnych ludzi”. Komunały tego rodzaju są tyle uzasadnione w świetle doświadczeń dorosłych, co z gruntu fałszywe. Można postawić pytanie „dlaczego ci dobrze wychowani i porządni rodzice wyprodukowali dziką hordę zdeprawowanych bydlaków, którzy według aktualnej diagnozy ministerialnej masowo zaludniają szkoły”?

I jeszcze jedno pytanie : dlaczego my, dorośli rodzice i wychowawcy reagujemy histerycznie na przejawy deprawacji młodzieży i wymyślamy różne fantastyczne recepty strzelając najczęściej obok tematu? Przyznajmy, że sytuacja w której trzeba potraktować dziecko jak osobę, okazać mu szacunek i konsekwentnie pilnować ustalonych zasad wychowawczych jest trudniejsza i bardziej kłopotliwa niż rygor, awantura po wywiadówce i od czasu do czasu lanie.

My uciekamy od wolności jak w rozprawie Fromma, bo jest trudna. Dzieci też uciekają. Wolą lanie raz na trzy miesiące. Potem mają spokój i mogą robić swoje. Nie uciekniemy jednak od pytania, czy nasze dzieci mają być tresowane aby były posłuszne i uległe przy pomocy atrap wychowawczych, czy wychowywane na istoty wolne, samodzielne, wrażliwe i myślące, które jeśli coś robią to z przekonaniem, a nie dla tego że za plecami stoi dorosły dozorca. O to idzie w zamieszaniu wokół kształtu szkoły i żaden człowiek, który się o ten kształt martwi nie ma dziś prawa milczeć.

PS. W sprawie mundurków. Co mam powiedzieć dzieciom, którym starałem się wpoić, że mogą mieć różowe włosy i zielone paznokcie i to ich nie zmieni jako ludzi. Że ważna jest praca nad sobą, mądrość i dobre serce. Chyba ubiorę pióropusz i przepaskę z trawy. Statystycznie to też mundurek.

Witold Kędzierski
Biały Bór

Ten list jest moją osobistą refleksją nad zagrożoną ideologizacją i dyletanctwem szkołą. Jest też przejawem goryczy frustracji i żalu, że środowisko i autorytety zachowują się pasywnie w sytuacji zagrożenia powrotem epoki "czarnej pedagogiki". W tle kołacze bolesna myśl, że nam przedstawicielom środowiska skupionego wokół wychowania i edukacji sprawia niesłychaną trudność otwarte wypowiadanie się w sytuacjach, w których milczeć się nie powinno. Nie potrafimy bronić szkoły wolnej bo sami jesteśmy zniewoleni. Zniewoleni strachem przed zwierzchnikiem, wizytatorem, kuratorem po cichu narzekamy i robimy co nam każą.

 

 WEŹ UDZIAŁ W DYSKUSJI!

 

 

 








 

ken@ken.org.pl

 

29 marca 2007

 
home o KEN grupa założycielska dołącz informacje wypowiedzi organizacyjne kontakt